Wszędzie PRACA! Pracuj nad sobą! Pracuj nad emocjami! Nad wyglądem, zdrowiem, samopoczuciem, nad finansami… To bardzo niefortunne, bo właściwie czuję wewnętrzny sprzeciw wobec życia w takim znoju.

Moim wyborem jest egzystencja leniwa, bez wiecznej pracy w tle.

Ostatnio złapałam się na tym, że nie mam czasu na przeżywanie, że wpadłam w wir działania i gubię przestrzeń na obecność tu i teraz, na czucie, zachwyt, delektowanie się teraźniejszością, delikatność. Znowu maszeruję w zwartym szeregu, noga przy nodze, od rana do nocy, w kołowrotku, poukładana w grafiku, zaplanowana w plannerze na kilka miesięcy do przodu, ściśnięta w gorsecie obowiązków, bez lekkości. Zakładaj koronę i zasuwaj! – krzyczy mój wewnętrzny Cenzor (znam ten głos doskonale, od lat zagrzewa mnie do przekraczania granic… siebie/ zmęczenia/ możliwości).

Po raz kolejny, chcąc uszanować siebie (ostatecznie do Ewy jestem przywiązana najbardziej) muszę posadzić cztery litery na krześle, nic nie robiąc, i dopuścić myśli o własnych ograniczeniach, niedoskonałości, skończoności, ale też cudowności świata za oknem. Nie jestem pępkiem świata, obok mnie dzieje się magia równie często jak sama ją tworzę i chcę mieć czas, by ją zauważać, czuć i przeżywać. W pruskim drylu jaki sobie narzuciłam staje się to trudne, z tendencją do „nie da się”.

Wąchanie kwiatów na spacerze, picie kawy na zalanym słońcem balkonie, słuchanie śpiewu ptaków, czy patrzenie w nurt rzeki wydają się takie bezproduktywne.

Choć koją nerwy.

Pozwalają odrodzić się zmysłom.

Wyciszają szum i terkot świata.

Są doświadczeniem metafizycznym, nieskazitelnie piękne.

Nie jestem studnią bez dna, a moje zasoby kurczą się z biegiem lat. Szybciej się męczę, wolniej regeneruję. Nerwy napinają się jak postronki wciąż błyskawicznie, ale nie chcą potem odpuścić (dopiero leżenie na macie z kolcami pomaga). Zaciśnięta, rozdygotana, pół dnia noszę pancerz (wręcz fizyczne odczuwam stawanie się robotem, brak elastyczności, kanciastość w ruchu, ból i skrzypienie), a szalona małpka w mojej głowie biega, podskakuje, fika koziołki, wali w bęben krzycząc: „ze mną bądź!”, „na mnie patrz!”, „tu jestem!”. Bezustannie. Już nie mogę jej znieść, już irytuje mnie ten wieczny stan alertu.

Powinnaś jeszcze…

Zrób!

Odhacz!

Sztuka tworzona na godziny, przeżywanie według harmonogramu, żeby wycisnąć życie jak cytrynę, do ostatniej kropli, by powtykać w grafiku jak najwięcej zajęć, relacji, spotkań, jedno za drugim, non stop. Jak w kalejdoskopie.

Tylko, po co?

Co właściwie daje mi naprędce doświadczanie świata, gdy godziny, dni, tygodnie migają przed oczyma jak krajobrazy oglądane przez okno pędzącego pociągu? Czy czerpię z takiego życia garściami, czy raczej przecieka mi ono przez palce, nieuchwytne, wraz z poczuciem ciągłej pogoni?
Ten „hustle, hustle” wydawał mi kiedyś stanem niezwykle pociągającym, wręcz niezbędnym do osiągnięcia poczucia sytości, bycia w euforii, a teraz przyprawia o drżenie i niemal mam ochotę wyskoczyć ze skóry. Każdy dzień, wraz z otwarciem oczu, zalewa mnie rwącą rzeką wrażeń. Za dużo, za szybko, zbyt intensywnie. Często budzę się z uczuciem niepokoju. Czasem nie śpię pół nocy.
Szczerze i bez bicia: nie chcę  takiego życia w migawkach, chcę życia w pełni! I tak, potrzebuję wreszcie usiąść na cholernym krześle i przemyśleć wszystko od nowa. Lub – jeszcze lepiej – nie planować, ale bezmyślnie się rozleniwić. Bez pretensji, poczucia straty, ot tak, podążyć za głosem serca. Zatrzymać się. Zachwycić. Zostawić ten lęk za sobą. Pożegnać się z dramatem. Wieczne trzepotanie serca nie musi być receptą na sukces.

Usłyszałam wczoraj od Kuby, że najbardziej na świecie chciałby teraz pojechać ze mną w góry. I że wspomnienia z wakacji ratują go przed depresją. I że jest mu smutno, bo nie możemy spakować plecaka, psa i pojechać w siną dal. Że marzy mu się ucieczka od galopujących dni. Doskonale go rozumiem.

Mam tak samo.

Piszę ten artykuł z trudem, od kilku dni, kradnąc chwile w tramwaju, zarywając noce. Jest godzina 06:05. Ja w czujności od dwóch godzin. W stresie od dwóch godzin. Wokół cisza, zwierzaki smacznie chrapią, a ja na stand by’u, w rozedrganiu. 120 minut telepawki. Tempo życia stało się nie do zniesienia.

Czuję i właściwie mam wewnętrzną pewność, że nie chcę już w ten sposób funkcjonować. Nie chcę dłużej motywować się do życia w takich prędkościach. Potrzebuję się uszczęśliwić spokojem. Zamiast wyścigu serwować – bez cenzury i samobiczowania – kontemplację i dużo uśmiechu. Dostroić się do przyrody i własnego głosu, nie do rozedrgania, szumu i frenetycznej, wiecznie głodnej uwagi – cywilizacji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *