Mama Lucia miała rękę do kwiatów, ja niekoniecznie, byłam zbyt zajęta, zbyt niecierpliwa, za mało uważna. Rośliny w domu rodzinnym rosły niezależnie ode mnie, podlewane ręką rodzicielki, a po latach, gdy już rezydowałam na swoich włościach, po prostu schły na potęgę, lub gniły. Po wszystkim lądowały w koszu. Szast – prast. Były – nie ma. I tyle. Nie miałam do nich głowy. Nie byłam przywiązana, wolałam ekscytować się bez końca przepastną czernią sceny.

W bezkolorze spędzałam całe dnie, bez światła dziennego, szczęśliwa, że nic mnie tam nie rozprasza. Że jestem ja i Wielka Kreacja. Nie rozumiałam tej potrzeby, tej zielono – ludzkiej relacji, naturalnej zależności – była odległa ode mnie o lata świetlne. Ja – wtedy – chciałam tylko zagłębiać się w meandry emocji, tworzyć i eksplorować Wielką Sztukę. Żyłam historiami, rolami, choreografiami, muzyką, śpiewem, światłem, publicznością, tremą, olśnieniami. Od śmiechu do łez, na karuzeli. Moja głowa była stale zajęta. Pracowałam niemal non stop, w uniesieniu. Szaleńczo.

Zmiana przyszła nagle.

Kaskadowo, na wszystkich polach. Strącając mnie z piedestału Wielkiego Twórcy. Strata i cierpienie wypełniły mnie całą, bezwzględnie, z surowością, na miesiące, ale gdy odeszły, cofnęły się nieco, okazało się, że poza wypaloną ziemią, istnieje nowa, żyzna i spragniona nowych jakości przestrzeń. We mnie i dookoła. W codzienności, wizjach i snach, w śpiewaniu, pisaniu, tworzeniu, w domu i na spacerach, w pracy odrodziła mnie na nowo właśnie zieleń. Dzięki naturze wróciłam do siebie i czuję się na nowo połączona z nurtem życia, z emocjami, z poczuciem spełnienia, sprawczością.

Zaczęłam z sukcesem sadzić kwiaty. Pielęgnuję, rozsadzam, ukorzeniam. Patrzę na nie z dumą. Rosną nadspodziewanie bujnie, jakby w odpowiedzi na mój nowy, kiełkujący jeszcze nieśmiało głos. Wszystkie szczepki puszczają korzenie. Z małych listków powstają z każdym dniem coraz bardziej widoczne duże, dorodne liście. Powoli obrastam w prywatny gąszcz. Gatunki są bez znaczenia, mam do każdej z roślinek sentyment, każdą lubię. Nacieszam oczy, uspokajam wnętrze, otwieram się na doznania, leczę duszę z traum, tworzę z poczuciem szczęścia, z delikatnością i świadoma kruchości, ulotności tu i teraz.

Tym samym cykl życia w jakiś sposób został dopełniony, a matczyne dziedzictwo przejęte.

I nie, nie było umiejscowione w przestrzeni materialnej, a duchowej. Dzięki Jej miłości do kwiatów rozkwita teraz moja z nimi relacja, wraz z nimi, z ciekawością zmieniam się na lepsze.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *