Pięć lat temu powstała rola jednej z Przyjaciółek z Wenus: Samanthy Black – „kobiety szalonej, uwikłanej w szalony romans, ale zawsze dobrze ubranej, z super dodatkami, seksownej …”

Lubię ją, choć zawsze sprawiała mi nie lada kłopot przy interpretacji. Dlaczego? – jej życiowe credo plasuje się bardzo daleko od mojego i grając ją (na miarę możliwości autentycznie) każdorazowo przekraczam siebie. I jest to i trudne, i fascynujące jednocześnie. Mamy punkty wspólne – charyzmę, otwartość, poczucie humoru, ale Sam (w przeciwieństwie do mnie) wiecznie poszukuje miłości, erotycznych uniesień, jest mocno nastawiona na sensualną stronę życia, chce doświadczać jej ile wlezie, pełnymi garściami, bez względu na konsekwencje. Wskakuje w sexdramaty bezustannie i bez zastanowienia, ot tak. Bo taka właśnie jest – głodna wrażeń, emocji, spełnień. Nasycona – skrzy dowcipem, uśmiechem, radością, o porażkach szybko zapomina. Żyje tu i teraz, na pełnej petardzie, jakby właśnie miał skończyć się świat. W „Samowym” galimatiasie widoczne są: rozbrajająca szczerość (także wobec siebie) i niezaspokojone uczucie, czy nawet potrzeba bycia z kimś wartościowym na stałe, ale zagłuszone przez kompulsywne, spontaniczne rzucanie się w wir życia, podążanie za pędem, szumem i dynamiką. W byciu nią nie ma nudy, a jedynie podsycana szalonymi życiowymi wyborami energia. Samantha zdecydowanie reprezentuje ogień, ja powietrzny znak i śmiem postrzegać siebie jako babkę dużo bardziej od niej zrównoważoną. Żeby współistnieć musiałyśmy się ze sobą oswoić. To trochę trwało, żeby postawić Ewkę do kąta i pozwolić Samancie być Samanthą bez cenzury. Bez oporu, krytykowania, min i dąsów. By było miło, przyjaźnie, a nawet z ciekawością.

Myślę, że wreszcie operacja „rola” zakończyła się sukcesem i jestem już w stanie ubierać postać Sam jak niezwykle ekstrawagancką suknię balową. Wyglądam w niej jak milion dolarów i doskonale o tym wiem. Przyciągam spojrzenia i ręce, jestem świadoma tego czaru. Jak Kopciuszek, do północy gram swoją rolę, bawię się i uwodzę wszystkich na sali, po czym biorę dupę w troki i już mnie nie ma. Zostawiam zapach kusicielki, niespełnienia oraz numer telefonu zapisany czerwoną szminką na lustrze w holu. Po spektaklu zdejmuję ją i ostrożnie odkładam do przegródki „Zrobione! Udane!”. Ścieram makijaż, odklejam rzęs firanki i znowu staję się Ewą w czereśniowych kolczykach (mniej fashionable, więcej inspirational).

Z każdą rolą, którą zakładam na scenie tak mam – muszę się zapoznać, by ją uwewnętrznić, by zagrać nią, a nie Ewką. Bardzo lubię, wręcz celebruję ten niezwykły, angażujący zmysły proces odkrywania niuansów w postaci, który wygląda plus – minus tak: tygodniami czytam o niej wszystko, co jest dostępne (plus literaturę dot. okoliczności życiowych, zabarwienia kulturalnego, społecznego, historycznego), oglądam ją w różnych kontekstach, poznaję, smakuję, często też obserwuję jej współczesne wcielenia np. w osobach na ulicy, robię notatki. Szukam podobieństw i różnic. Tych małych nawyków, śmiesznostek, mimiki, gestów, słabostek, które sprawiają, że możemy się zbliżyć i zaprzyjaźnić. Gdy już zakończę badania, dopiero wtedy mogę wejść w „jej buty” z poczuciem, że opowiadam w spektaklu jej historię, a nie narzucam widzom własne, niczym nie poparte projekcje.

W Sam jest wiele z Joey’a z „Friends”, Samanthy z „Seksu w wielkim mieście”, z bohaterek książek Kasi Kostołowskiej o babskiej przyjaźni, trochę z charakteru Lody Halamy i szczypta mądrości życiowej Czubaszek. Proporcje poszczególnych elementów z czasem się zmieniły, dzisiejsza Sam nadal jest prostolinijna, ale bardziej świadoma, wewnętrznie spójna i z większym dystansem. Ta, sprzed 5 lat była wersją mocno szaloną, bez kompromisów, złośliwą. Skupioną na sobie i własnej, życiowej satysfakcji. Obecnie Samantha lubi siebie w całej różnobarwności, jest zachwycona wpływem, jaki wywiera na świat, ale też uwielbia swoje przyjaciółki i zrobiłaby dla nich wszystko. To zmiana zdecydowanie na lepsze.

Teraz, po czasie pasujemy do siebie jak rękawiczki szyte na miarę. Dojrzewanie Sam uznaję tym samym za dopełnione.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *