Nie wiem dlaczego, ale rośnie we mnie i kiełkuje powoli potrzeba przelania pewnego pomysłu na papier. Coś potężnego i nieznanego otwiera się obok, kusi i przywołuje, twierdząc, że muszę jedynie porzucić strach, zaprząc swój talent do pracy i odważnie wejść do wód przeznaczenia. Przyzywa mnie na różnych poziomach w słowach, obrazach i pieśniach, delikatnie puka do mojej duszy mówiąc: „Już czas! Bierz koronę i zasuwaj – moja panno 😉 I nie bój się, jesteś pod opieką bóstw.”

Uważam, że kreowanie jest w nas – ludziach, istotach o artystycznych duszach, zarówno stanem wewnętrznym wraz z jądrem, mocnym przekonaniem o sferach, w których jesteśmy wyjątkowi i zasobem umiejętności, ale także stanem niezależnym, poza nami; działaniem w energetycznym, duchowym polu, do którego tylko niekiedy możemy zajrzeć. Wierzę, że pomiędzy twardą realnością a światem niematerialnym istnieje przestrzeń nie z tego świata, przestrzeń nieskończonych możliwości, do której tylko czasami jesteśmy w stanie się dostroić i czerpać z jej dobrodziejstw. Zazwyczaj nie potrafimy ani tego miejsca zauważyć, ani utrzymać na dłużej połączenia z nim (pojawia się i przepada), ale na szczęście wydarza się również i to, że nie wiadomo jak, ale udaje nam się zsynchronizować i magia wszechrzeczy zaczyna działać. Otwiera się „gdzieś poza tęczą” portal, w którym poezja łączy się z życiem, a właściwie nim się staje, nasze talenty mnożą się i odkrywają, afirmacje okazują się być podpunktami na listach „zrobione” i marzenia po prostu się spełniają. Niekiedy towarzyszą temu spotkaniu sny pełne znaczeń, wydarzenia, które w przedziwny sposób zapowiadają nadejście natchnienia, synchroniczność, déjà vu. Pojawia się też uwieranie i wewnętrzny niepokój, a nasz konkretny i rzeczowy umysł nagle zaczyna negować potrzebę twórczości, przytaczać argumenty przeciw, ukrywać zaistnienie świata „pomiędzy” w swoich zakamarkach. Żeby ochronić i utrzymać oparte na danych liczbowych status quo Wielki Demiurg i zarządzający naszym life – balansem, efektywnością oraz niską samooceną krytyk wewnętrzny podnosi łeb, szczerzy kły i często, niestety, wygrywa. Wędrówki w nieznane, z nieprzewidywalnym rezultatem nie są specjalnością ludzi jako gatunku, wybieramy zazwyczaj sprawdzone, policzalne i bezpieczne rozwiązania. Na faktyczne pójście za głosem natchnienia decyduje się niewielu z nas.

Ja także, mimo, że całe życie podążam ścieżką sztuki, zmagam się teraz z lękiem, walczę z niepewnością, odkładam na później, wynajduję substytuty, robię ruchy pozorowane. A jednocześnie bardzo nie chcę zaprzepaścić możliwości poznania kolejnego miejsca „pomiędzy”, pragnę doświadczyć tego, co ma do zaoferowania. Strumyki obrazów, strzępy historii i wrażeń, jeszcze nie ubranych w znaczenia przedzierają się do moich snów, wręcz czuję je na końcu języka, na końcu pióra. Formują się w tej przestrzeni między jawą a snem, wraz z wiosennym przebudzeniem, promieniami słońca, śpiewem ptaków, szumem wiatru. W złotej godzinie każdego niemal poranka. W wizualizacjach, w ciszy.

Coś się ujawniło, myślę, że wraz ze śmiercią mamy i zamknięciem sceny : inne – nowe, prawie już świadome, wielobarwne, tętniące energią i pięknem miejsce, nierozerwalnie połączone z … lasem. Dlaczego z „tam”? – Nie mam pojęcia. Jeszcze nie umiem rozpoznać czym jest, jakiej sfery dotyka, ale wiem, że już podążam tą ścieżką, że jestem z nią połączona.

Ahoj, przygodo! Co mam do stracenia? – jedynie chwile, przesypujące się w klepsydrze minuty, bo wizerunek, pozycja, pieniądze – są dla mnie bez znaczenia. Wszystko, co wartościowe byłam zmuszona puścić i pożegnać, zaakceptować zmianę, której nie chciałam, przed którą się wzbraniałam i nie mogłam nic poradzić na to, że zaistniała. To, co gorejące i bolesne wreszcie się zabliźnia na tyle, że jestem w stanie ruszyć dalej, żyć pełnią. Całą sobą doświadczać i dzielić się nowym.

Nadszedł czas na spotkanie nieznanego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *