Nie jesteśmy już dziećmi ziemi. Żyjący zwłaszcza w dużych aglomeracjach staliśmy się odłączeni od natury, uwięzieni w betonowych dżunglach i wirtualnej rzeczywistości. Przestajemy czuć się częścią przyrody i energii kosmosu. Staliśmy się obojętni na to, co żyje obok. Zatraciliśmy przyjemne odczucie chodzenia boso po trawie, taplania w błocie, przytulania do drzew, oddychania pełną piersią, zachwytu nad krajobrazem. Przechodzimy obok, bez większego zainteresowania. Beznamiętnie. Bezrefleksyjnie. Nie zdając sobie sprawy, że to „odłączenie” jest bardzo niekorzystne dla naszego zdrowia, samopoczucia i relacji. Że podsyca poczucie izolacji, chaosu i pędu, wywołuje lęk. Wydaje się, że bez powodu, ale zaczyna nam być za ciasno we własnym życiu, zbyt głośno, szaro i monotonnie. Nasze ciała i umysły są w ciągłym napięciu. Stale jesteśmy poddenerwowani, na krawędzi. Zajadamy smutki, nie możemy skupić się na dłużej, często dokucza nam brak czasu, energii, snu. Tak trwamy, pozbawieni powietrza, słońca, zieleni. Zapachu chlorofilu i beztroski. W zamian wybieramy konsumpcję bez umiaru, mrówczą pracę w niekorzystnym środowisku, gromadzenie dóbr i do wyboru – do koloru, czynników stresogennych.

Nasz gatunek przestał być częścią ekosystemu, choć jak wszystkie pozostałe jest od niego zależny. Odłączeni – nie mamy żadnych problemów z niszczeniem przyrody wokół. Gdy nie ma więzi, zanikła, lub nigdy nie powstała, jest to po prostu łatwiejsze. Emocjonalnie – nic nie kosztuje. Estetycznie nie obchodzi, a o kwestiach zdrowotnych nauczyliśmy się nie rozmyślać. Bo właściwie, po co to wszystko? I tak „bez wyjątku – umrzemy”. To nic, że zabierzemy niezliczone ilości gatunków ze sobą i nie zaproponujemy niczego kolejnym pokoleniom. Poza tym stale”nie mamy wpływu”, zrzucamy odpowiedzialność na korporacje, rządy, innych. Zawsze ktoś inny jest winny, coś stoi na przeszkodzie. Odwracamy oczy. Hałdy śmieci wokół nie robią wrażenia, z chęcią kupimy mieszkanie pośrodku osiedla z betonu, lub będziemy biegać po chodnikach w fajnym outficie i smogu. Spełniamy się jako bierni podglądacze rzeczywistości i komentatorzy, lub fejsbukowi aktywiści. Owszem, lubimy zdjęcia w tle, zwłaszcza te w estetycznych plenerach. I o ile jeszcze takowe możemy znaleźć, nie obchodzi nas reszta. Retoryka pro- eko nie cieszy się popularnością w sieci, spadają zasięgi, a brak lajków działa demotywująco.

Mimo wszystko, nadal (nawet jeśli tylko dla ułamka populacji) potrzebne są działania, które odtworzą nasze połączenie z naturą, pomogą zbudować od podstaw więź i poczucie przynależności do świata. Nie w teorii – w praktyce. Ukoją nerwy i ukorzenią nas w otoczeniu. Skłonią do świadomego życia w połączeniu z przyrodą, z ludźmi i innymi gatunkami. Powinniśmy, obowiązkowo – moim zdaniem, spędzać choć część dnia wśród natury, bez technologii, nacieszać oczy pięknem przyrody, przewietrzać głowę, nasycać ciała. Obserwować, nie reagować, pozwalać przepływać, być częścią (nie źródłem) opowieści. Jeszcze nie jest za późno na wybór tego właśnie scenariusza.

Kolejny, akceptujący zastany stan rzeczy, jest dziwny i dość przerażający. Na razie nie mogę się z nim utożsamić. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdołam.

Niektórzy uważają, że odłączenie od natury jest nieuniknione, że wkraczamy (czy tego chcemy, czy nie) w nową erę – hegemonię Homo Internetus. Że przeniesiemy egzystencję do sieci i to, co nas teraz otacza nie będzie miało żadnego znaczenia. Zamknięci w domach, stale online, podłączeni do wyrafinowanych urządzeń nie będziemy potrzebować natury. Bieganie po trawie i wdychanie zapachu kwiatów stanie się … przeżytkiem. Balastem. Pieśnią przeszłości. Infantylizmem. Tematem memów, nie potrzebą.

Gdy nauczymy się oszukiwać swoje organizmy, technologia zastąpi przyrodę. Wyewoluujemy.

Cóż za parszywa wizja!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *