Pokazuję życiu język!

Ten cholerny upierdzielacz wizji, krytyk i nihilista w miesiącach zimowych uaktywnia się jak nigdy dotąd. Może to kwestia niedoboru światła i powietrza, że wredna hydra wystawia łeb? Depresyjny rzeczy stan. Zima w nastroju blue. 

Noszenie kagańców masek z pewnością nie pomaga. Patrząc na świat zza burych szmat trudno dostrzec wokół kolory, wszystko ginie w odcieniach szarości i sepii. Niewyraźne, jak zza brudnych szyb. Nienasycenie barw rzutuje na odczucie świata dookoła, a melancholia rozlewa się po moim wnętrzu lepko i smoliście, niczym bagno. Wszechobecna struktura mułu i mlaśnięć. Otwieram rano oczy i wraz z pierwszym oddechem walczę o uśmiech. Śnią mi się zamknięte drzwi teatru i puste sale koncertowe. Ciągnące się kilometrami rzędy purpurowych krzeseł obszytych aksamitem. Pogłos i śmiech. Zwielokrotniony, przerażający chichot. 

Ile jeszcze? Ile jeszcze? 

Stagnacja. Drżę. Krople nadziei sączą się powoli. Zamykam oczy i wręcz słyszę w głowie ich kapanie. Raz, dwa, trzy… raz, dwa, trzy… Niespiesznie. W rytmie walca. Grande Valse Brillante. Chcę „wódkę za wódką w bufecie …” „- Czy pamiętasz ?” – Pamiętam. Nie mogę zapomnieć. Nie mogę się odciąć. Tęsknię. 

Boli mnie wszystko, nawet koniuszki rzęs. Nie jest to przeraźliwy, wywracający wnętrzności ból, ale z rodzaju delikatnie dokuczliwych. Niemal nie wyczuwalny, ale obecny. W skali od 1 do 10 – na dwójkę. Tli się pod spodem, pod wierzchnią warstwą skóry, jak w urządzeniu pod napięciem. Mięśnie mam zmrożone, poskręcane w supły. Kurczę się jak wełniany sweter wyprany w zbyt wysokiej temperaturze. Brak mi odporności na zgniecenie. Zaciskam szczęki i nie mogę puścić. Bezwiednie zgrzytam zębami. Oddycham, ale częściowo. Płytko, jak ryba wyciągnięta na brzeg.

Węch nie wrócił w pełni. Mimo miesięcy od wyzdrowienia. Ulubiony zapach czuję w 80%. Pamiętam zachwyt nim i skojarzenie, ale nie jestem w stanie odczuć ich tak samo. Nie wróciłam do siebie sprzed. Obecnie jestem Ewą w wersji lekko wybrakowanej. Powolna regeneracja zmysłów. Degeneracja i powrót. Oby! 

Jestem poważna. Jestem smutna. Przyglądam się sobie dwoma jeziorami oczu. Przygaszony błękit, bez dna. Pergamin skóry, twarzy, siatka zmarszczek wokół ust i oczu, dłonie starej kobiety. Poszarzałam. Z prędkością światła. Epidemia społecznego dystansu zbiera żniwo. Epidemia pustki. 

„Patrzę w okno i smutek mam w oku… ” 

Tęsknię za śmiechem w towarzystwie. Za obecnością wielości, oddechami widzów, oklaskami, wymianą spojrzeń, opinii i westchnień. Za rozmowami do białego rana. Zapachem tremy. Niecierpliwym czekaniem na rozpoczęcie spektaklu, na tych kilkanaście uderzeń serca zanim wejdę na scenę. I na pytanie: „- Jesteście gotowe? Zaczynamy?”. 

Skok w przepaść. Wrzenie świata. 

Wszystko jest możliwe. 

Było. Możliwe. 

Było. Byłam. Byliśmy. 

Czas przeszły. Dokonany. 

Nie mogę tworzyć w próżni. 

Nie mogę ……………………. próżni. 

„Zabij ten lęk.” Zanim będzie za późno, by go odwrócić. Rozpostarcie skrzydeł kosztuje. Wewnętrzny racjonalista trąbi: Ogarnij się dziewczyno! Zrób plan na zaś! A, B, C… Na cały, cholerny alfabet awarii. Kropka, kropka, kreska. Co to znaczy ”przebranżowić?” Dlaczego? I na jak długo? Ulotność sztuki. 

Jak wyłączyć wrażliwość, gdzie odwiesić talent? Opowiedzieć siebie na nowo? 

Nie wiem. Czekam na wiosnę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *