”Masz problem, bo nie potrafisz żyć bez relacji z innymi ludźmi” – powiedział jakiś czas temu mój znajomy. Z wielką pewnością w głosie. – ”No i wiesz, taką przypadłość się leczy!” – dodał jeszcze. Nie zabiłam go wtedy ostrzem ciętej riposty, bo musiałam przemyśleć to, co usłyszałam. Spokojnie zastanowić się nad moimi odczuciami, przekonaniami i w jakimś sensie skonfrontować je wewnętrznie. 

Bo być może jest tak, jak twierdzi kolega „dobra rada”? Co jeśli ma rację? Czy fakt, że nie lubię żyć sama i od zawsze mam kogoś obok, jest czymś złym i powinnam spróbować się zmienić?

Dywagowałam przez trzy dni, a wnioski, które wyłoniły się z moich przemyśleń i które ośmielę się tu przedstawić są absolutnie subiektywne i zupełnie nie wyczerpują tematu. Liczę jednak, że może zainspirują Was do własnych opinii ? 

1. Moja postawa wydaje się być raczej tą „normalną” i respektującą prawa życia i śmierci, a alienacja właściwie nosi znamiona „sprzecznej z naturą”. 
Nadal jeszcze jesteśmy istotami społecznymi. 

Pomimo współczesnych procesów, które akcentują indywidualizm i dystans żyjemy w mniejszym, lub większym stopniu w relacjach, związkach i powiązaniach. Wszyscy potrzebujemy (choć w różnym natężeniu) bliskości, uczuć wyższych, poczucia  przynależności, bezpieczeństwa, miłości, przyjaźni, stosunków zawodowych. INNI mają dla nas znaczenie (nawet jeśli nie chcemy). Określamy się poprzez więzi. Budujemy własne JA przez bycie w relacjach (przez brak bycia również). INNI tworzą nasz kontekst i punkt odniesienia. Dzięki nim tworzymy bezpieczne środowiska, wartościujemy je, rozwijamy, spełniamy się w różnych społecznych rolach. Pragnienie kontaktu nie wydaje się czymś zgubnym, a wypieranie tej strony naszego człowieczeństwa na korzyść wyobrażenia o jednostce „niezależnej”, skupionej na sobie, stale poszukującej ideału i realizującej się poprzez wyrachowane eksperymenty społeczne skutkuje wzrostem liczby incydentów agresji, chorób cywilizacyjnych, psychicznych, zaburzeń odżywiania,  samobójstw, itd …

Obraz naszych czasów niekiedy przypomina bardziej pocztówki znad krawędzi, niż upragnione zdjęcia pamiątkowe i jedynym, co można z nich wywnioskować jest, że pomimo nakładów finansowych, starań, nieograniczonemu dostępowi do technologii i wiedzy, poprawie jakości życia, postępowi medycyny nie jesteśmy w dużo lepszej, niż nasi mniej rozwinięci przodkowie, formie. 

2. W przyrodzie, do której jeszcze się zaliczamy, istnieje jedna z zasad, gwarant powodzenia – różnorodność. 

Jesteśmy zbiorem zupełnie losowych cech wielu pokoleń przodków, różnie zdeterminowani biologicznie i środowiskowo, więc stosowanie jednej definicji do zbioru wszelkich barw i odcieni jest po prostu błędne. Nie będziemy pasować do wzoru. Nie istnieje nadrzędna prawda, której musimy się podporządkować. Pogódźmy się z tym, że jesteśmy różni, intro i ekstrawertyczni, potrzebujący bliskości i nie, mamy różne potrzeby, background i przyszłość, że to właśnie różnorodność jest naszą cechą wspólną i siłą. Oczywiście, zgadzam się z opinią, że gdyby wśród ludzi istnieli jedynie alieniści to moglibyśmy wymrzeć jako gatunek, a jednocześnie mam ogromne zaufanie do Matki Natury i sądzę, że czy tego chcemy, czy nie pokieruje sytuacją w sposób dla wszystkich najkorzystniejszy. 

Ziemia jest przeludniona, a jej zasoby kurczą się w tempie zastraszającym. Wydaje się, że liczba ”proludzkich” osobników jest dla naszego przetrwania wystarczająca, że jesteśmy już dość rozmnożeni żeby nie musieć wszyscy stale zabiegać o tworzenie ognisk domowych, wicie gniazd, chowanie potomstwa i gromadzenie dóbr. Być może (mam wrażenie, że właśnie teraz) nastaje czas ”wolnej myśli”, wyboru i akceptacji, a pod jednym nieboskłonem po latach zmagań ze sobą, stereotypami nieprzystającymi do nowego porządku i przyzwyczajeniami, które nigdzie nas nie prowadzą, nauczymy się żyć na nowo będąc wielowymiarowi i wielobarwni. W świecie, w którym przymioty społeczne i intelektualne nie będą wciąż stawiane na szali i będzie można być takim i takim bez konfrontacji i porównań. a nic, co nas definiuje nie zostanie określone „na zawsze”. Bo to właśnie ZMIANA jest jedyną stałą i mamy prawo wierzyć, że w każdym momencie na nią zasługujemy, a nasze życie należy po prostu do nas. Jest cudem, ale też tajemnicą i być może wcale nie istnieje niebo, czy organizm, do którego będziemy mogli trafić po śmierci w zamian za dobre zachowanie i kurczowe trzymanie się własnych przekonań. TU i TERAZ jest jedynym, co mamy NAPRAWDĘ. CZAS, który spędzimy sami, lub w towarzystwie. Tak samo wartościowy, w obu przypadkach. 

3. W rankingu moich talentów ten jest jednym z istotniejszych. Nazwę go roboczo – SOCJALNOŚĆ.

Od kiedy pamiętam jestem osobą, która żyje w związku, gromadzi grupę, animuje tłum, organizuje atrakcje innym, koordynuje ich działania. Umawia się na liczne spotkania, pije kawę z koleżanką, je obiad w knajpie, organizuje bilety do teatru dla wszystkich, prowadzi zajęcia grupowe, tworzy spektakle dla publiczności, jedzie przez pół miasta do szpitala w odwiedziny, a przez pół Polski na warsztaty. 

Moje życie spełnia się w POŁĄCZENIU z ludźmi, czuję się szczęśliwa dzięki relacjom społecznym. Bez nich jestem zagubiona. Gdyby zanalizować powód – miałam tak od zawsze. Częściowo ten talent odziedziczyłam, bo Mama była równie socjalna, choć w subtelniejszy, bardziej intymny sposób. Gromadziła przez lata bliskich przyjaciół, moje przyszywane ciocie i wujków. Pamiętam jak stale telefonowali do siebie, spotykali się w domach, niekiedy urządzali balangi, czy chodzili do teatru. Zawsze hucznie, acz kulturalnie obchodzili imieniny, sylwestry. Godzinami rozmawiali, śmiali się, tańczyli. Nie powiem, siąknęłam tę atmosferę jak gąbka. 

U mnie, rodzinna SOCJALNOŚĆ jeszcze nabrała rozmachu i rozwinęła się w animowanie także większych gron zupełnie obcych ludzi. W tworzenie przyjaznych środowisk wszędzie tam, gdzie przebywam. Nie mam zamiaru sobie kadzić, tworzyć prawd objawionych i namawiać kogokolwiek do obierania podobnej drogi, a jedynie zwrócić uwagę, że właściwie nie musiałam tej umiejętności zdobywać, bo była ważna i rozwinięta od samego początku, i że wcale nie chciałabym się jej pozbywać, ani tym bardziej się z niej leczyć. Życie z nią uważam za lepsze, łatwiejsze, doskonalsze. SOCJALNOŚĆ jest dla mnie czymś naturalnym, a ograniczenie, czy wręcz pozbawienie możliwości kontaktu z ludźmi stanowi bolesne, nie do zniesienia trudne doświadczenie. Samotność prawdziwie mnie przeraża i odbiera chęć do życia. Śmiem twierdzić, że zawsze i za wszelką cenę będę dążyć do budowania miejsc wypełnionych obecnością więcej, niż moja, dusz. Oraz, że mam do tego prawo.

Zżymam się wewnętrznie, jak często oceniamy innych przez pryzmat siebie, bez choćby jednej myśli poprzedzonej głębszą refleksją, powtarzamy utarte opinie, popularne i wyświechtane slogany, nie poparte nauką teorie. Że potrafimy bezpardonowo przywalić znajomym w imię „ich” dobra nie zostawiając przestrzeni na dyskurs, kulturalną argumentację i poznawanie innego, niż nasze stanowiska. Często tego właśnie najbardziej się obawiam w rozmachu cywilizacyjnym, że pozwalamy, by odzierał nas z wrażliwości, zawłaszczał delikatność, szacunek i pokorę wobec ludzi i życia, czyniąc z nas gruboskórnych, zapatrzonych we własny, wąski horyzont buraków. Z na wskroś fałszywą pieśnią asertywności i pseudoliberalizmem na ustach jesteśmy gotowi maszerować dziarsko i niezłomnie po trupach naszych niegdysiejszych druhów. Kompulsywnie wrzucając na fejsbuki banalne zdjęcia z kiedykolwiek i zewsząd, które uważamy, że będą świadczyć (do końca świata i jeden dzień dłużej) jak bardzo spełnieni, bliscy doskonałości i szczęśliwi jesteśmy. Ja, Ja i Ja, i moje zwielokrotnione odbicie. W oczach własnych, obiektywie smartfona, mediach społecznościowych. Wszędzie. 

Ta tendencja jest od paru lat niebezpiecznie zauważalna, stając się mocno niestety przyśpieszającą teraz, po wybuchu masowej epidemii covid-19 i zamknięciu większości populacji pod kluczem. 

Pandemia to zbiorowe i jednostkowe doświadczenie. Straszne, groźne i nie dające się sklasyfikować w żadnych wzorach i definicjach. Zmieniające ludzkie życia w sposób bezprecedensowy. Żadne z wcześniejszych doświadczeń nie przygotowało naszych roczników na powszechną, wielomiesięczną izolację, losowe chorowanie z nieznanymi objawami, na które nie ma lekarstwa, śmierć. Nie możemy zignorować ani zbanalizować wpływu pandemii. Stanie się w jakimś stopniu doświadczeniem granicznym pokolenia, przyczyną przemyśleń, przewartościowań, powodem zmian i – miejmy nadzieję – odwrotu od tego, co dla nas szkodliwe i złe. Czasem akceptacji i otwarcia na nowe. Jakiekolwiek to nowe nie będzie. 

Tymczasem, z SOCJALNOŚCIĄ czy bez, w relacjach, lub z ich brakiem bądźmy dla siebie życzliwi. Odpuszczajmy „dobre rady” i nie ferujmy wyroków na prawo i lewo. Choć tyle możemy zrobić dla ogółu, prawda?!

Pozwolić innym być innymi !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *