“Uważaj na palce. Nie odwracaj się plecami. Któraś może ugryźć!“ – E.Ensler

Krajobraz po bitwie. Pył pokrywa wszystko, aż po horyzont. Trupi odór i latające nad głowami kruki. Żałobne krakanie. Szum wiatru. Czuję rozpacz i wielki strach. Ziemia dudni w rytm mego bijącego serca, a dusza siedzi w kącie, skulona. Drży. 

Jestem Kassandrą – kobietą pozbawioną praw, skazaną na piekło, obywatelką wrogiego kraju, kimś nieważnym i bez znaczenia, artystką straconego teatru, córką zmarłej matki, kielichem łez, dziwką, fanaberią, balastem. 

Widzicie mnie? 

Stoję wyprostowana pośród kurzawy, odziana w rozpacz jak w kir. Patrzę w dal niewidzącymi oczami. Czuję piasek przesypujący się między palcami, jego drobinki osiadają na ubraniu, włosach. Mam je pod językiem. Nie jestem w stanie mówić, ani krzyczeć. Mogę jedynie otwierać usta, z których nic się nie wydobywa. Na koniec dnia dysponuję tylko ciszą. Martwym punktem w oku cyklonu. Zabrano mi głos i wolność. Jestem na wpół żywą klepsydrą straconych szans, a moja bezradność ma kolor popiołu. Sól piecze pod powiekami. 

Czuję się pokonana, ale nie będę ronić łez. Powoli, zgrabiałymi rękami przywdzieję zbroję z róż i nadal będę. Coś znaczyć. Mimo, że zabrakło mi słów. Przykleję rubinowo-czerwone płatki do mojego nagiego ciała i odżyję. Zacznę wdychać zapach kwiatów pomieszany ze słodkomdlącą wonią krwi. Metaliczny posmak przestanie drażnić, zaprzyjaźnimy się. Nie zemdleję, wytrzymam ból i będę oddychać coraz równiej, pewniej, oswajając się ze stratą i rozczarowaniem. Wreszcie – dajcie mi, proszę, parę chwil! – rozejrzę się uważnie i dostrzegę, że nie jestem sama, że wokół mnie, na tym samym polu stoją, zastygłe w niemym lamencie inne kobiety. Czerwone morze takich jak ja. Nieskończoność kobiet. Pole maków. Wściekle czerwonych. 

Siłą wydarto nam coś cennego – prawo do samostanowienia, do decyzji. Wolną wolę. Sprytnie i z wyrachowaniem. Uznano, że nasze życie jest bez znaczenia i mamy być posłuszne. Ciche, spolegliwe, bierne.

Już nie należymy do zwycięzców, zaocznie wypisane z vipowskiego klubu mamy bez sprzeciwu nosić kaganiec, uśmiechając się do naszych oprawców z gracją, wdzięczne, że możemy stąpać tuż obok, w milczeniu. 

Jak niegdyś nasze prababki. 

Znaczyły tyle, co meble w salonie. 

Niedoczekanie… 

Siostry! To nas nie zabije, a wzmocni. 

Odbierzemy swoje prawa siłą. 

Jeśli będzie trzeba. 

Znowu. I znowu. I znowu. 

Aż dostaniemy wszystko. 

Jest nas coraz więcej i potrafimy gryźć !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *