Pierwsza odsłona programu nowo otwartego teatru Figaro miała odbyć się drugiego września 1939 roku. Wykreujcie w myślach obraz tego dnia: salę teatralną po remoncie,pachnącą świeżością, oklejoną afiszami z napisem „bilety wyprzedane”, plejadę artystów – wielkich gwiazd ówczesnej sceny rozrywkowej, perfekcyjnie przygotowanych (próbowali przez całe lato),  podekscytowanych nowym miejscem, publiką, repertuarem – inauguracyjną perełką. 

Całkiem przyjemna wizja, prawda?

– Niestety, nie udało się jej ziścić. Pierwsza i zarazem ostatnia, niedoszła premiera Figara przepadła wraz z jej autorami w zgliszczach płonącej Warszawy. Nic nie zostało, poza garścią wspomnień. 

Czytałam zapiski z tamtych, przedpremierowych wydarzeń i najbardziej poruszył mnie opis próby generalnej z 31 sierpnia, gdy po przećwiczeniu ostatniej linijki tekstu, nuty, gestu ktoś z zespołu zasiadłszy do fortepianu zagrał „Jeszcze Polska… „, zatrzymując na parę uderzeń serca klepsydrę czasu i sprawiając, że cukierkowo – pudrowa rzeczywistość dwudziestolecia_międzywojennego obnażyła swą prawdziwą naturę ułudy, blichtru, oszustwa, naiwnych prób zatrzymania tego, co umyka. 

Nieoczekiwanie zagrany Mazurek Dąbrowskiego wdarł się do serc i umysłów wszystkich obecnych i opanował wyobraźnie wizją_walki,przemocy,przeczuciem zbliżającej się katastrofy.Zważył dobry nastrój gorzką nutą prawdy.  Gwar ucichł, śmiech zamarł, słowa zawisły w powietrzu. W ich miejsce pojawiły się łzy, lęk i świadomość stania na skraju przepaści, w którą za parę godzin trzeba będzie skoczyć bez odwrotu, kamizelek ratunkowych, z odwagą graniczącą z szaleństwem. 

Polacy lato 1939 roku spędzili nie na przygotowaniach do wojny, gromadzeniu zapasów, broni czy planowaniu ucieczki, ale na wakacyjnym wypoczynku. Nie dlatego, że nie wiedzieli o tym, co dzieje się za zachodnią granicą. Czytali przecież gazety, słuchali radia, swobodnie podróżowali po Europie, wymieniali korespondencję w wielu językach, a  mimo to, nie podjęli żadnych prób, żeby oddalić zagrożenie, lub jakkolwiek się na nie przygotować. Leniwie przechadzali się po Gdańsku,Sopocie i nadmorskich uzdrowiskach, odwracając wzrok od niemieckich mundurów, sieg heilowania i flag ze swastyką. Z dnia na dzień zaczęła obowiązywać filozofia: „Jakoś to będzie, a tymczasem żyjmy normalnie!”

Znamy ją, prawda? – Krąży w naszej krwi od pokoleń. Dziedziczona z dziada pradziada. Po wiekach praktyki jesteśmy niemal mistrzami w odwracaniu uwagi od tego, co nam realnie zagraża. Dopiero postawieni pod ścianą, reagujemy. Chaotycznie, niezaprzeczalnie brawurowo, z wielkim poświęceniem, bijąc się i ginąc szaleńczo, tracąc w pożodze majątek i bliskich. Opasłe tomiszcza dziejów Polski są zapisane tego rodzaju historiami, a kolejne pokolenia raz po raz dźwigają ich brzemię. Być może, znając je i moc narodowego przeznaczenia warto zatrzymać się w galopie, poddać refleksji i zmienić strategię spalonej ziemi, zapobiegać, lub mierzyć się z prawdą od razu i stawiać jej czoło nie czekając, nie odwracając głowy? Prawdopodobnie, przy zmianie naszego nastawienia na bardziej pragmatyczne, nie ponosilibyśmy tylu strat i nie bylibyśmy potem, po fakcie zmuszeni do wiecznego odbudowywania się z popiołów. Moglibyśmy szybciej stworzyć życie, którego pragniemy, w harmonii i dobrobycie, lub nawet moglibyśmy być szczęśliwi i spełnieni dłużej, niż przez kilkadziesiąt lat. Myślę, że w 1939 r. pewien procent Polaków decyzja o ucieczce zawczasu, uratowałaby z pogromu. 

Zgadzam się, że pokolenie pierwszej połowy XX wieku nie było przygotowane na wojnę, która bierze za cel ludność cywilną. Nikt nie przeczuwał, jaki jest faktyczny plan pana z wąsikiem, totalnej destrukcji i zawłaszczenia świata, choć można było się domyślać, że perspektywy dla kraju nad Wisłą są raczej złowieszcze, niż hurraoptymistyczne. Tym bardziej, gdy machina ruszyła i zaczęły się brutalne prześladowania niemieckich Żydów, aneksja Austrii, Sudetów, podpisanie paktu Ribbentropp – Mołotow. Adolf Hitler, pod koniec lat trzydziestych, wyszedł z cienia i ukazywał swoją parszywą naturę wszem i wobec. Krzyczał i wygrażał publicznie. Stale, chętnie, wszędzie. W kinach emitowano film propagandowy o III Rzeszy „Triumf woli”, autorstwa Leni Riefenstahl (polecam!), w którym ukazane potęga militarna naszych sąsiadów i ich fanatyzm zapierały dech, namiętnie oglądano lżejszego w formie, ale równie przejmującego merytorycznie „Dyktatora” Charliego Chaplina, a parodie i karykatury „niemieckiego malarza” powstawały jak grzyby po deszczu. Rosła niebezpiecznie ogólna fascynacja siłą nacjonalistów, ich charyzmą i bezwzględnością. Wystarczyło przewertować „Main Kampf”, lub odwiedzić turystycznie Germanię, żeby nie musieć zgadywać i wiedzieć na pewno, z czym wkrótce przyjdzie nam się mierzyć.

Na tym tle działalność teatrzyku Figaro, remontowanie lokalu, budowanie zespołu i rozrywkowego repertuaru brzmiało bardzo naiwnie. Zamykanie oczu nie powoduje przecież, że niebezpieczeństwo mija. Konfrontacja to sprawia, nie uniki. Tym bardziej dziwi taka postawa, ponieważ nie jesteśmy i nigdy nie byliśmy społeczeństwem bezrefleksyjnym, potrafimy dodać dwa do dwóch. W 1939, uważam, byliśmy świadomi, ale zdecydowaliśmy się ignorować zagrożenie. Cieszyć się do ostatniego momentu beztroskim życiem, szampanem i seksapilem, elegancją, pudrowym różem. Karmić romantyczną wizją walecznych szwoleżerów ratujących nas z opresji i skutecznych europejskich sojuszy.

Do teraz właściwie dręczy nas filozofia przodków. Fantasmagorii i życia w równoległej rzeczywistości, negowania obiektywnych przesłanek zagrożeń, nadal bliskie jest udawanie, że np. katastrofa klimatyczna wraz z jej konsekwencjami i zjadliwe mutujące wirusy nas nie dotyczą. Wolimy (nadal!) stawiać przyszłość na ostrzu noża, nieprzygotowani, nierzadko obojętni, wobec zgoła odwrotnej postawy, racjonalnego myślenia, planowania, zapobiegania, rozwiązywania problemów na bieżąco. Działania tu i teraz, bez owijania w bawełnę. 
Powinniśmy zdawać sobie sprawę, że przeciwstawiając husarię czołgom nie zdziałamy wiele, że nic nie robiąc, odkładając reakcję na kiedyś/nigdy narażamy na katastrofę kolejne pokolenia, własne dzieci, wnuki. A siebie na stratę zdrowia, życia, przyszłości.

31 sierpnia los artystów z Figara można było uznać za przesądzony. Zabrakło im czasu na salwowanie się ucieczką. Musieli stawić czoło nawałnicy bez przygotowania, w strachu, panice. Wielu z nich, mimo znanego nazwiska, sławy i prestiżu doświadczyło strasznego końca. Dzieląc tym samym los przodków, z wielu miejsc i epok, którym ową filozofię przeczekiwania do ostatniej chwili, zawdzięczali.

My – współcześni Polacy, mimo znajomości historii, dostępu do zaawansowanych zdobyczy technologii, powszechności nauki, jesteśmy obciążeni tym samym dziedzictwem. Nie uczymy się na błędach, nie wyciągamy wniosków, przeklęci felernym „Jakoś to będzie“ bawimy się w najlepsze, ignorując ostrzeżenia, a w obliczu zagrożenia zamykamy oczy i skaczemy. Bez sensu i bez zabezpieczenia. Narzekamy, ale jak zaczarowani, powielamy ten schemat od nowa.

Przywołajmy dziś, we wrześniowy poranek, sielankowy obrazek artystów z Figaro, pomyślmy o ich strachu, śmierci, stracie wszystkiego, nic nie pozostawieniu po sobie i wreszcie wyciągnijmy wnioski. Stając naprzeciw faktom, odważmy się reagować na nie bez zwłoki! Nauczmy się chronić zasoby dzięki pragmatyzmowi i determinacji brania się z życiem za bary. Dość już zamykania oczu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *