Przyniósł ją Kuba. Z biedy i starego, garażowego kartonu. Śmierdzącą, brudną, zapchloną, z uszami pełnymi świerzba. Była kilkutygodniową królową śmietnika i wulkanem energii o specjalizacji „wspinaczka wysokościowa z ekwilibrystyką”. Wypuszczona zza pazuchy, skradła nasze serca od pierwszej chwili i pierwszej zbitej doniczki. Nie raz podrapani, wylizani szorstkim jak papier ścierny językiem, stoczyliśmy wiele bitew z nawracającym zapaleniem jelit, napadami anoreksji na zmianę z bulimią. Wielokrotnie byliśmy w rozpaczy i bliscy poddania się, ale kicia z każdej opresji spadała na cztery łapy. Za wszelką cenę chciała żyć. Walczyła jak lew z każdą zdrowotną wpadką. Aż do teraz. Jesteśmy na ostatniej prostej. Dwa chłoniakomięsaki w jelitach i żołądku, przerwą naszą wspólną przygodę szybciej, niż się spodziewaliśmy.

Szesnaście lat leżenia na kolanach, picia wody z kranu w łazience, anektowania poduszki i mruczenia tak głośnego, że nie sposób spać w nocy skończy się już niedługo. Jeszcze trwamy, ale TO czai się tuż tuż. Czujemy TEGO obecność. Klepsydra przesypuje się już po raz ostatni i nie możemy zrobić nic, żeby zatrzymać ten cholerny piasek. Przed nami ostatnia bitwa małego, czarno-białego smarka, który spędził z nami całe życie. Niestety będzie przegraną.

„Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”

Gdy musisz pomyśleć o badaniach, diagnozie, perspektywie śmierci kociego przyjaciela, przestajesz polerować swoje ego, zżymać się na system, okoliczności życiowe, wybory, lub ich brak. Nagle zaczynasz widzieć siebie w odpowiedniej perspektywie, a dbanie o ” ja” zastępujesz troską o inną, żywą istotę. Całkiem od ciebie zależną. Patrzę na pełne godności odchodzenie, na akceptację nieubłaganej biologii, a towarzyszenie w tym procesie stało się nie tylko moją powinnością, ale niejako wyróżnieniem.

Historia Carycy nie jest laurką, ale opowieścią o tym, jak i czego uczy nas przeżywanie trudności. Trauma, straty, odejścia są częścią naszych żyć, paradoksalnie wzbogacając je w niewyobrażalny sposób. Są źródłem siły i spokoju. Połączeniem z nieskończonością, ukorzenieniem w historii i tożsamością człowieczego losu. Otwarcie się na bolesne doświadczenia, akceptacja nieuchronności śmierci, to w efekcie nauka naszej własnej skończoności. Jak inaczej poznać śmierć i oswoić myśl, że jesteśmy tu na teraz, że dzielimy chwile? Tylko tak: czując, przeżywając, wchodząc świadomie do tej rzeki.

Łzy czynią nas ludźmi. Nie uciekajmy od nich.

Sposób, jak sobie radzimy z kryzysem, ze stratą wiele nas uczy o nas samych.

Jestem typem „walecznym”. Nawet w obliczu katastrofy nie odpuszczam. Zbieram się do kupy i działam. Konsultuję, biegam, próbując leczyć za wszelką cenę, towarzyszę, wdrażam różne terapie, alternatywne i tradycyjne. Nie jest dla mnie problemem karmienie strzykawką, robienie zastrzyków, podawanie kroplówek i leków. Zyskuję, w obliczu chorób bliskich, niespożyte zasoby siły, energii i cierpliwości. Niestety, potem jest mi niezwykle trudno zaakceptować niekorzystną diagnozę i bardzo przeżywam jej konsekwencje. Pustka ma niewyobrażalny ciężar, a porażka medycyny nad śmiercią jest dla mnie nie do zniesienia.

Sztuka pomaga, tak, jak głębokie relacje z ludźmi, kontakt z przyrodą. Miłość leczy. Zdolność do miłości leczy.

Idę po zimowym lesie, wokół biel, cisza i skuty lodem krajobraz. Kikuty drzew, oszroniony mech i resztki traw. Nie ma nikogo wokół. Stąpam cicho, nieśpiesznie, mój oddech paruje. Nic nie zakłóci porządku świata. Las emanuje chłodnym spokojem. Trwa w bezczasie.

Takie jest moje cierpienie. Surowe i piękne. Szkliste. Jest czernią, bielą i sercem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *