Jedną z najcenniejszych umiejętności, które nabyłam dzięki prowadzeniu własnej sceny teatralnej jest… gaszenie pożarów. Nie tracąc przy tym głowy. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, jak często i poważnie komplikują się różne inicjatywy w czasie ich realizacji, i jak szybko / efektywnie trzeba reagować, żeby móc je uratować. Wady sprzętu, niekompetencja ludzi, przyczyny losowe, do wyboru, z każdą miałam styczność, solo, lub w pakiecie. Gdy wydarza się katastrofa, tylko system spontanicznej kreatywności plus spięcie pośladków pozwalają ją przetrwać, a narzekanie, płacz i rozkładanie rąk, zupełnie nie.

Jesteśmy, z moją przyjaciółką Joanną, wspólniczkami w CIA, jego twórczyniami i godnymi następczyniami Murphy’ego – mistrzyniami pecha. Jeśli coś miało się nie udać, to z pewnością właśnie nas dotknęło. Przyciągałyśmy nieszczęścia jak magnes, z pewnością, żeby potem trenować się w ich pokonywaniu. I żeby znajomi określali nas mianem terminatorek.

O pierwszej wpadce pisałam poprzednio, tzn. o otwarciu CIA i katastrofie smoleńskiej. Pewnie zastanawiacie się, jak wybrnęłyśmy z tego ambarasu? Całkiem nieźle, biorąc pod uwagę okoliczności. Wspięłyśmy się na szczyty pomysłowości, organizacji i jakimś cudem w trybie ekspresowym, przeniosłyśmy wydarzenie na tydzień później, robiąc z dwóch dni – jeden, a repertuar dopasowując do klimatu. Taka zmiana jest obecnie dosyć częstą praktyką, żałoba narodowa wydarza się w miarę często i jest wielokrotnie przerobiona w tę i nazad, ale 10 lat temu nie i nie było żadnego protokołu postępowania, trzeba było działać intuicyjnie. Wtedy udało nam się ten pierwszy pożar opanować, bez większych strat. Mimo, że byłyśmy z Aśką kompletnymi świeżakami i dopiero uczyłyśmy się efektywnych strategii reagowania. 

Panuje przekonanie, że początki są trudne. Wiadomo. 

A gdy do tego dołożyć „pecha”, robi się całkiem zabawnie. 

Zatem … 

Kilka tygodni po niezbyt fortunnym otwarciu, wymyśliłyśmy kolejną imprezę masową, z jeszcze większym rozmachem, działania całodniowe w środku i na zewnątrz budynku, zajęcia, warsztaty, koncerty, spektakle, zabawy, na podwórku stoiska, loterię fantową, malowanie twarzy, wielką kulę, w której można było poruszać się po wodzie. Pełen wypas, pod hasłem „Dzień dziecka”. Zaangażowałyśmy ludzi, poinformowałyśmy media, oplakatowałyśmy miasto. Znów byłyśmy przygotowane na tip top. W środku nocy poprzedzającej imprezę, do Wrocławia dotarła (uwaga!)… fala powodziowa i „Dzień dziecka”, co prawda odbył się planowo, ale przy znikomej frekwencji. Właściwie niemal wszyscy mieszkańcy wylegli na wały, żeby obserwować stan wody i ani im w głowie było brać udział w naszym wydarzeniu. Zabawiałyśmy więc z entuzjazmem garstkę dzieciaków, wręcz wydzierając je sobie z rąk. Na szczęście nie zawitał do nas wtedy żaden przedstawiciel prasy. Byliśmy sami na tej, pożal się Boże, imprezie „masowej”. Z ciężkim sercem opłaciliśmy honoraria, podziękowaliśmy ludziom za gotowość i profesjonalne podejście, by móc jak najszybciej zapomnieć o feralnym 1 czerwca. Wymazać go. Spuścić zasłonę milczenia. Nic innego nie dało się zrobić. 

Dzień później – oczywiście – fala zniknęła. 

Frekwencja to w ogóle bardzo śmieszna sprawa. Za mało ludzi, wiadomo – źle, ale zbyt duża ilość -wróży tragedię. Grecką, w trzech aktach, na solistów i chór. Doświadczyłyśmy jej, we wszystkich odsłonach, gdy zorganizowałyśmy drugiego w historii CIA – Sylwestra. Tego dnia Grupon, mimo umowy z nami i ścisłego limitu miejsc, za późno zareagował i sprzedał zbyt dużo wejściówek (o połowę puli). Wyobraźcie sobie naszą panikę, gdy pół godziny przed rozpoczęciem imprezy, tłum zaczął napływać. Zamiast 100 osób mieliśmy pod drzwiami 150. Z legalnie nabytym kuponami. Myślałyśmy, że pożrą nas żywcem. Nie było czasu na rwanie włosów z głowy i roztrząsanie problemu. Po prostu wzięłyśmy się w garść i stanęłyśmy na rzęsach. Błyskawicznie przeorganizowałyśmy przestrzeń i wpuściłyśmy gości, jak gdyby nigdy nic. Musielibyście to widzieć! Ludzie siedzieli na pożyczonych sprzętach, scenografii, przy skleconych naprędce stolikach i konsumowali z jednorazówek. Nie tłumaczyliśmy im niczego, ratując sytuację szybkim, konkretnym działaniem i dobrym humorem. Żartami, fajną muzyką, spektaklami, dobrym jedzeniem (na szczęście zrobiliśmy go trochę więcej, w razie w i, uff, wystarczyło). Udało nam się -kolejny raz- opanować sytuację, ale wierzcie mi, niemal osiwiałyśmy ze stresu. Nauczyłyśmy się, chyba właśnie wtedy, na tym Sylwestrze z piekła rodem, profesjonalnie „palić głupa”. 

Mamy takie powiedzonko w zespole: „Wpadka?! – ograj to! Czarna dziura?! – improwizuj! Sprawdzają się doskonale. Zwłaszcza, gdy sprzęt zawodzi w czasie spektaklu, albo premierę trzeba z różnych losowych powodów zrobić „na wariata”, zmienić scenariusz w trzy próby, czy ogarnąć zastępstwo i zbudować rolę na dwóch. Szkoła życia. Kto nie doświadczył, niech żałuje! Wierzcie mi! Nic nie będzie w stanie zaserwować mi takiej dawki adrenaliny i wachlarza emocji, jak stan, gdy pech dotyka nas na scenie. Terminator x 1000!

Wtedy nie zatrzymujemy się i nie wymiękamy. Generujemy wszystkie siły i nagle objawiają się w nas talenty, o jakich nie miałyśmy pojęcia i umiejętności, których już nigdy nie powtórzymy. W trakcie wpadek wymyślamy teksty „na żywca”, choreografie i rymy pasujące do piosenek, albo śpiewany je w suahili, czasem jeszcze a’capella, gdy nagłośnienie szwankuje. Gramy za siebie i za wszystkich. Sceny lecą w złej kolejności, trudno – uważnie słuchamy, obserwujemy i walczymy z tym, co się dzieje, na bieżąco. Na ośmiosekundowym blackoucie ktoś wnosi na scenę scenografię i rekwizyty, o których partner zapomniał, nikt się nie dziwi, wszyscy zgodnie improwizują. Cztery osoby mogą z powodzeniem imitować grę sześciu. Bo ktoś uległ kontuzji, lub zapomniał wejść w odpowiednim momencie. Nikt z widzów nie zauważy różnicy. Do tego nadal jest się w roli, jest się obecnym, żywym i połączonym z absolutem, źródłem twórczości. Sednem sztuki. Wtedy nawet bardziej, niż kiedykolwiek.

Niesamowite odczucie, nie do podrobienia! 

Traktuję naszego pecha, jak niezbędnik. Nie zżymam się i nie złoszczę, z pokorą przyjmuję jego istnienie. Nawet uważam, że jest mi potrzebny, a presja mu towarzysząca otwiera we mnie,co rusz nowe drzwi, poszerza horyzonty, zmusza do nieszablonowego myślenia i postępowania poza strefą komfortu. To działa bezbłędnie, ale tylko, gdy podejmie się wyzwanie i robi swoje, zamiast narzekać. Osiągnięty w takiej sytuacji sukces, buduje i zwiększa pewność siebie, kreuje poczucie sprawczości i mocy. 

Myślę, że wpadki, błędy, braki są normalnością, są konieczne, żeby nas rozwijać i uczyć. W każdej dziedzinie życia, nie tylko w sztuce. 

Życzę Wam ich, z całego serca!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *