WTEDY 

Mój szewc jest fachowcem. Naprawia obuwie zręcznie i szybko. Właściwie nie ma dla niego zadań zbyt trudnych. Zawsze próbuje coś zaradzić, nawet gdy sytuacja wydaje się beznadziejna, za rozsądną cenę przywraca do życia moje ulubione modele. Jest pasjonatem. Miłym, rzetelnym, szarmanckim i mocno wiekowym panem. Właścicielem maleńkiego warsztatu wciśniętego pomiędzy dwa sklepy: spożywczy i zoologiczny.

Wchodzi się do ciemnego, wąskiego pomieszczenia z ladą. Mimo braku dzwonka i hałasu, mój szewc zawsze wie, gdy przychodzi klient: – Zaraz podejdę. Proszę chwilę poczekać – rozbrzmiewa serdecznie głos mężczyzny – Już kończę. Zawsze cierpliwie czekam, rozglądając się po pomieszczeniu. Ach, jaki tam panuje klimat! Niesamowity, wręcz filmowy. Maszyny z różnych epok, wydające zabawne dźwięki. Mieszanka zapachów, pasty i kleju, kurzu, smaru, kawy, tytoniu i wody kolońskiej. Półki, od sufitu po podłogę, uginające się od butów, wszystkich rozmiarów, kolorów i fasonów, z różnych stóp i czasów. Warsztat szewca ma posmak innego świata. 

TERAZ 

Stałam się niedawno właścicielką idealnych butów. Nabyłam je na Allegro dość ryzykownie „na oko”, ale wołały do mnie ze zdjęcia: „Kup nas, kup! ” niezwykle przekonująco i do tego wyglądały tak pięknie, ciemnozielone, na koturnach, w przyzwoitej cenie, że nie mogłam im odmówić. Okazało się, oczywiście, gdy przyjechały, że nie mogłam ich założyć! Pasował tylko lewy! Prawy był znacznie węższy od swojego brata. Wściekałam się przez pół dnia. Miałam nawet zbrodniczy zamiar odwiedzenia kosza na śmieci, ale te buty były wyjątkowej urody i nawet rzucone w kąt błagalnie na mnie patrzyły! Miałam łzy w oczach. Walczyłam i już miałam odpuścić, ale zaświtała w mojej głowie myśl: – Szewc coś poradzi! Zamiast niszczyć, lub co gorsza odsyłać, spróbuję moje (prawie) idealne buty naprawić! Tak zrobiłam. Poszłam za głosem serca. Wsadziłam zbrodniarzy do siatki i ruszyłam pędem do znanego już wam, z wcześniejszego opisu, warsztatu. 

Zastała mnie odręcznie napisana kartka: „Zakład zamknięty. Przyjmuję w domu, (adres bramy obok), proszę dzwonić pod 6a”. Podeszłam do rzeczonych drzwi, wcisnęłam guzik domofonu, a po chwili znajomy głos zapytał:

-Słucham. 

-Dzień dobry, przyszłam naprawić buty. 

-Proszę bardzo, drugie piętro. 

Wdrapałam się po stromych schodach zabytkowej kamienicy. Drzwi oznaczone 6a były lekko uchylone. Popchnęłam je i weszłam do środka. Mieszkanie podzielone na pół, było domem i warsztatem jednocześnie. Niemiłosiernie zagracony pokój, w którym po prawej stronie stały maszyny i stosy narzędzi, po lewej zaś piękne zabytkowe meble, wersalka i stół z krzesłami. Przedpokój, w którym oprócz wieszaka na wierzchnią odzież, stała szafa pełna butów wszystkich rozmiarów i kształtów. Rozglądałam się zaciekawiona. Miałam tysiąc pytań (podejrzewam, że wypisanych na twarzy). Mój szewc, siedzący na zydelku w pracownio-pokoju uśmiechnął się i powiedział: 

-Wygląda pani na zaskoczoną. Teraz ludzie naprawiają coś bardzo rzadko, raczej wyrzucają. Pracy jest niewiele. Musiałem zamknąć zakład, po 50 latach. A pracuję tutaj, w domu, bo muszę spłacać komornika i mieć za co kupić chleb. Nie umiem nic innego. Mój ojciec też był szewcem, wie pani…

Chciałam zapytać o emeryturę, czy ją otrzymuje i jest sobie w stanie poradzić finansowo, czy może potrzebuje pomocy, ale padły kolejne słowa:

-Moja żona umarła, jestem sam, a tak przynajmniej ktoś z państwa przyjdzie, zajrzy, odwiedzi. Jeszcze jestem użyteczny. Mogę pracować. Nic mi nie potrzeba. Wystarczy, że mogę pracować.

POTEM 

Wzruszenie odebrało mi głos. Zostawiłam buty, potem byłam jeszcze kilka razy z innymi. Staram się naprawiać różne obuwnicze usterki i wspierać mojego szewca choć w ten sposób, bez narzucania się. Żeby nie urazić jego delikatnych uczuć, dumy. Chwilę porozmawiać, zostawić zapłatę. Za każdym razem myślę o niesamowitej i wartej naśladowania postawie człowieka, który nie poddał się nieuchronności losu, ale cicho i skromnie, bez fanfar, poklasku, z godnością walczy z niekorzystną ekonomią, samotnością, starością i poczuciem bezużyteczności. Pracuje, dając to, co potrafi najlepiej, innym. 

Nawet nie wiem jak ma na imię mój szewc, mimo że znam go dwadzieścia lat. Jest cichym bohaterem codzienności, reprezentantem świata wartości, które niezwykle cenię. Człowieczeństwo bez ekshibicjonizmu, świadome bycie tu i teraz dla siebie i innych, z innymi, duma i godność, pracowitość, życzliwość. Wewnętrzne światło i uśmiech. Życiowa dzielność. 

Jeden z rozdziałów mojego podręcznika życia znalazłam w małym warsztacie szewskim, niedaleko domu. To, co najważniejsze często spotyka nas zupełnie zwyczajnie i czasami ginie niedostrzeżone. 

Nie w tym przypadku. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *