Myśl o poszerzeniu naszego zwierzyńca o psiego przyjaciela przyszła dość nagle, przy okazji rozmowy o przekraczaniu stref komfortu. Kołatała i nie chciała przestać. Wszędzie widziałam pieski. Przeszukiwałam nałogowo internet. Czytałam fora i blogi. Uczyłam się o rasach, wymaganiach, problemach. Nagle pojawiło się małe-białe terierkowe COŚ i podbiło zupełnie moje serce. Czytałam zachwycona: „bystry, inteligentny łobuziak” (cudownie!), „kocha ludzi, jest wesoły, energiczny, odważny, uparty” (chcę!), a że „szczekliwy” (no, jakąś małą wadę musi mieć, co to za pies bez wad). JRT! Ideał – pomyślałam. Pies dla nas! Temat „łańcucha łowieckiego” pojawił się i co prawda brzmiał trochę niepokojąco, ale z braku świadomości, co to właściwie oznacza, prędko znikł. Chciałam Jacka Russella i już! 

7 kwietnia 2019 wkroczył do naszego życia, 1300 gram teriera, Dante – mały tajfun. Kombinator. Capo di tutti capi. Nie żartuję, musielibyście zobaczyć w jaki sposób się porusza, cały wypięty, dumny, z głową uniesioną, wypiętą klatą, ogonem na sztorc, jak największy mafioso podwórka. Kochamy go najbardziej na świecie, ale faktycznie musieliśmy wyjść z wszystkich stref komfortu. Co gorsza, nasze koty też, a ich święta uraza z tego tytułu, trwa do dziś. 

Od pierwszego dnia zostaliśmy suprocentowo zaangażowani w okiełznywanie Jego Jaśnie Terrierowatości. Oboje z Kubą. Wespół w zespół. Inaczej wychowywanie nie działało. Nie sądziłam, że tyci, 9-cio tygodniowy szczeniak może być taki sprytny, rezolutny, że nas na każdym kroku obserwuje, rozlicza i rozpracowuje. Nie był wcale słodką i nieporadną ciapą,  tylko od razu miniaturowym 100% „SOBĄ”. Ma pamięć jak słoń, energię za stu, błyskawicznie się uczy i jeszcze szybciej nudzi.  Doskonale orientuje się w przestrzeni. Cały czas główkuje. Wszystko ma rozpracowane, na co szczeknąć, dla kogo być miłym. Każdy z naszych sąsiadów, z przyjemnością zaopiekowałby się nim w potrzebie. Bynajmniej nie ze względu na nasz z Kubą urok. Dante zorganizował sobie po prostu swój osiedlowy fanklub. Zdobył go słodyczą i osobistym czarem.

Nic nie jest na zawsze. Codziennie negocjujemy z psem warunki wspólnej egzystencji, bo „może dzisiaj zmieniły się zasady? -Na wszelki wypadek sprawdzę!”. Nie ma mowy o zawahaniu z naszej strony, czy gorszym dniu. Opiekun JRT nie może być „mientki”. Inaczej mały skurkowaniec pożre go żywcem. Trochę przesadzam, ale nie do końca. Prawdą jest, że ekipę małych białych piesków można porównać do grupy terrorystycznej. Są równie zabójcze i skuteczne. Dante w ludzkim świecie nie byłby- co prawda- szefem mafii, ale jego prawą ręką, wiecie, tym małym, bystrym cynglem o ksywce „Blizna”, takim specem od wszystkiego, mokrej roboty, kasy, panienek, kontrabandy … 

Na szczęście nam się trafiła spokojniejsza wersja JRT. Widzę w okolicy kilka tych bardziej typowych okazów. I sfrustrowanych właścicieli, których notabene doskonale rozumiem . Te pieski to żywioł. Za ich wychowanie powinno się przyznawać medale.

Wojna domowa trwa u nas w najlepsze.

Od roku sierściuchy (*mamy dwa, 16-sto letnie) są codziennie testowane ze sprawności fizycznej, psa jednakowoż najbardziej irytuje, że „- kocia karma nie jest ogólnodostępna, bo stoi za wysoko. I nie można dosięgnąć, tylko trzeba cierpliwie czekać, aż coś spadnie”. Toteż małe półdiablę przez cały czas kombinuje, jak się dostać na tę cholerną lodówkę. Na szczęście Symeoncia – kocia seniorita ma wredny charakter i ustawia gówniarza sykiem i pazurami. Tylko przed nią mały biały czuje respekt. Nas kocha i próbuje słuchać, ale tylko jej schodzi z drogi. Wystarczy, że szanowna kicia spojrzy gniewnie. I pies wie doskonale, co go czeka, jeśli nie zniknie Wielkiej Władczyni Domostwa z oczu. EKSTERMINACJA teriera.

Mimo naszych obaw i drobnych tarć, koty od pierwszego wejrzenia zaakceptowały Dantego. Tylko patrzą na jego poczynania z góry i z dezaprobatą. 

Właściwie każdy spacer jest wyzwaniem. Trzeba przewidywać i być przygotowanym. Czujnym non stop. Mieć trzy strategie w zanadrzu.

Wychodząc z domu, już w windzie planuję (serio!) listę zadań „TO DO”. Którędy pójdziemy, co zrobimy, w jakiej kolejności i dwa plany awaryjne. Oczywiście nie ma mowy o grzebaniu w telefonie podczas spaceru, bo trzeba cały czas „coś robić”, samo dreptanie przy nodze jest mało zajmujące. Nie jest również pożądane siedzenie na trawie i oglądanie zachodu słońce. Bleee… Ohyda! „- Chodź, porobimy coś fajnego!” Znudzonemu jackowi przychodzą do głowy głupoty, więc jeśli spuścisz go z oka, po prostu samodzielnie zorganizuje sobie czas. A ty osiwiejesz, gdy zobaczysz, co zaradny piesek wymyślił. 

Dla spokojności ducha na spacerze polecamy organizowanie samych atrakcji t,j.: patyki, aportowanie, skakanie, gonitwy, najlepiej po trudnym terenie (po górach i skarpach, albo brodzenie w wodzie), oczywiście idealnie – gdy możemy w międzyczasie spotkać inne psy (w ilości i wielkości dowolnej, bo huncwot nie boi się dużych rozmiarów, ani mas). W repertuarze mamy jeszcze kopanie dziur, tropienie i ćwiczenie komend (głównie „do mnie” i „nie„) dla stabilności umysłowej wszystkich zainteresowanych. W 8 przypadkach na 10 treningi bywają zakończone sukcesem,  ale… pod warunkiem otrzymania smaczków i gdy proponuję w zamian szaleńcze zabawy. 

Między spacerami, w domu, preferowane są aktywności: zabawy węchowe poziom masterclass, rozszarpywanie zabawek, aportowanie piłeczki. Ostatnio Dante przynosi sobie w nocy zabawkę do towarzystwa, więc często budzimy się rano w łóżku z psem, dwoma kotami, szarpakiem, zwłokami misia i ogryzioną gumową kością. 

Na początku naszej rodzicielskiej kariery próbowaliśmy wdrożyć w domową rutynę kilka extra sztuczek, ale to, co niezwykle łatwe na filmiku, okazywało się nie do przeskoczenia (jeszcze!) dla hiper pobudzonego teriera. Dla naszego pieska już sam rytuał ćwiczenia NOWEGO jest tak ekscytujący, że nie jest w stanie skupić się na treści zadań. Do tego podłącza się podskakiwanie, telepawka, szczekanie, więc odpuściliśmy. Na razie. Skupiamy się na komendach przydatnych i ratujących życie. Reszta (może ?! /liczymy na to po cichu) przyjdzie z czasem, gdy czworonożne emocje staną się łatwiejsze do opanowania. JRT mają niesamowicie niski próg pobudzenia. Plus 80 do czujności. Próbujemy z całych sił wyciszać tę niezwykłą, często nieadekwatną do siły i rodzaju bodźca reaktywność. Uspokajać. Być zen. Zupełnie intuicyjnie, często przy Dantem ziewam głośno i wzdycham. Mówię coś spokojnym, miłym głosem. Śpiewam. On potem też sobie wzdycha. Od serca, przejmująco. Bardzo mnie tym rozczula. I sposobem w jaki śpi, kopytkami do góry, rozluźniony.

Strzała psiego Amora trafiła nas niezwykle skutecznie! 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *