Następnej pani nikomu przedstawiać nie trzeba, wystarczy skojarzyć z nią prosty czarny kostium i sznur pereł. Coco Chanel. Innowatorka modowa, której kobiety zawdzięczają „małą czarną”, żakiet w czarno-białą pepitkę, perfumy i sztuczną biżuterię. Za sprawą Coco kobiety zaczęły cenić wygodę w noszeniu ubrań, które owa wizjonerka stylu potrafiła zmyślnie łączyć z ponadczasową elegancją. Mimo trudnych dla kobiecych inicjatyw czasów. Choć prywatnie była zapatrzoną w siebie zołzą, z którą życie było nie do zniesienia, zawodowo zawsze stawiała dobro płci pięknej na pierwszym miejscu. Podziwiam NOWOCZESNOŚĆ w jej myśleniu, ODWAGĘ w realizowaniu własnych pomysłów oraz pewność, co do ich przydatności. Dzięki m.in. Coco Chanel kobiety zyskały poczucie sprawczości w kwestiach własnego ubioru, zaczęły decydować o kształtach, kolorach i długościach, i wyznaczać modowe trendy, zamiast się im biernie podporządkowywać. 

Simone de Beauvoir. Ikona feminizmu. Jej książki dotyczące roli kobiet w społeczeństwie i związkach powinny być pozycją obowiązkową. Są świetnie napisane, przystępnym językiem, z szerokim tłem autobiograficznym. Simone mówi o sprawach prywatnych i wydarzeniach historycznych bez ogródek. Obnaża powszechnie stosowane mechanizmy uprzedmiatawiania kobiet, zachęca poprzez własny przykład do samodzielności, rozwoju potencjału intelektualnego, artystycznego, edukacji, pracy i życia na własny rachunek, dokonywania wyborów, samostanowienia. Autorka optuje za tworzeniem związków opartych na równości, uczuciu, kompromisie. Ślub, zdaniem Beauvoir, nie jest życiową koniecznością, podobnie jak posiadanie dzieci. Jest wyborem. Kobiety są WOLNE. RÓWNE mężczyznom. Współcześnie to, co głosi Simone wydaje się oczywistością. Wówczas było czymś niesłychanie kontrowersyjnym i trzeba było nie lada odwagi, determinacji i WIARY W SIEBIE, żeby pisać, wydawać książki o tej tematyce, uczyć nowego, równego traktowania siebie nawzajem. Z wielką przyjemnością, co jakiś czas, wracam do prozy Beauvoir (do czego Was też zachęcam). Nie jest ona spisem suchych faktów i górnolotnych idei, ale zbiorem niezwykle soczystych kąsków z życia nad wyraz interesującej kobiety. 

Kolejnej z Francuzek nie sposób nie pamiętać, jej głos zna prawie każdy człowiek na ziemi. Nadawana w radio, grana na koncertach, puszczana w kawiarniach. Symbol Paryża. Edith Piaf.Nie polubilibyście jej. Była kapryśną histeryczką (nie do zniesienia zwłaszcza w sprawach sercowych) i złośnicą. 

Pochodziła z paryskiej biedy i patologii, ale dzięki charakterystycznemu głosowi, nieszablonowej urodzie i zdolnościom interpretacyjnym zrobiła oszałamiającą karierę. Niestety, mimo popularności i próbom poprawy wizerunku, od niechlubnej przeszłości paryski wróbelek nigdy nie był w stanie się odciąć. Pieniądze przepływały między palcami Edith rwącą rzeką, awantury i  libacje alkoholowe, w których brała udział, były znane na całym świecie, a sposób mówienia i maniery gwiazdy, no cóż, raczej przypominały rynsztok, niż salony. Kochankowie przewijali się przez jej sypialnię z prędkością światła rujnując ją finansowo i zdrowotnie. Za sukces można było uznać, gdy zostawiali po sobie nuty piosenek, lub teksty, zamiast skandali i długów. Niezwykłe i uderzające w biografii Piaf, w której de facto kłamała jak z nut, jest jej PRZYWIĄZANIE do muzyki i publiczności. 

Mam ten obraz przed oczami, kiedy za wszelką cenę, schorowana, już niemal umierająca, bez sił, wyglądająca jak staruszka, czterdziestoparoletnia Edith wchodzi na estradę, by jeszcze raz, na przekór losowi stanąć w światłach reflektorów, poczuć energię widowni i spróbować zaczarować ją historiami swoich piosenek. 

-Dla śpiewania, gdybym mogła, pokonałabym śmierć – mówi. I śpiewa. Pięknie. Strasznie. Przejmująco. Bez tchu. Za to jedno zdanie, za MIŁOŚĆ do muzyki, którą chce pokonać śmierć, podziwiam ją niezmiennie od lat. 

Tudzież bawi mnie odszukiwanie i czytanie kolejnej wersji jej biografii. 

Ostatnią w powyższym zestawieniu artystką jest serdeczna przyjaciółka Edith, z którą zażyłość, jak plotka niesie, miała charakter także romantyczny. Błękitny anioł. Zdzira w futrze. Wielka Marlena Dietrich

Po lekturze biografii wydała mi się mało interesująca. Wręcz odpychająca. Zimna. Snobka. Dziwaczka. Z tendencją do chomikowania wszystkiego. Jej życie jest dokładnie udokumentowane, bo nie wyrzucała niczego. Zostawiła po sobie tony przedmiotów, drobiazgów. Rzeczy pięknych i śmieci. 

Lubię za to bardzo twórczość Marleny. Filmy. Jej śpiewanie. Styl ubioru. Chłód. Spokój. Niepokojąco – hipnotyzujący sznyt. Brak uśmiechu. Oczy, znaczące spojrzenie, minimalizm środków wyrazu.

Mogłabym wymieniać i zachwycać się bez końca, w ogółach i szczegółach, ale poza artystycznymi aspektami dotyczącymi jej osoby – głosem, ciałem Dietrich ujęła mnie najmocniej czymś zupełnie innym – swoją PRZYZWOITOŚCIĄ. W czasie II wojny większość jej bliskich mieszkała na terenie Niemiec (szwagier nawet udzielał się czynnie w SS). Marlena martwiła się o ich los i zastanawiała się nad powrotem do ojczyzny. Otrzymała propozycję nie do odrzucenia, grania i śpiewania jako czołowa gwiazda propagandy niemieckiej, na usługach partii i władzy, z niebotyczną gażą. Odmówiła, skazując się tym samym na banicję, prześladowania, ostracyzm. Ostentacyjnie manifestowała brak poparcia dla działań wojennych III Rzeszy. Śpiewała po angielsku w radiu frontowym. Dołączyła do wojsk alianckich i wspierała morale żołnierzy amerykańskich koncertami. Nienawidziła Hitlera i jego popleczników. Ruszyła wraz z frontem w głąb Europy i dotarła do Berlina. Podbijając swój kraj i uwalniając podbite. 

Rodacy nigdy jej tego nie wybaczyli. Po wojnie wszystkie koncerty Marleny w Niemczech odbywały się (o ile udało się je zorganizować) w napastliwej i pełnej gniewu atmosferze. Grób Dietrich (w Berlinie) do tej pory jest pod ochroną, gdyż bywa bezczeszczony, pokrywany nienawistnymi hasłami. Mimo upływu lat i powszechnego potępienia dla działań hitlerowskich Niemiec nie odpuszczono Dietrich winy i uznano za zdrajczynię. Nie spotkała się już nigdy z matką. Za bycie istotą ludzką, współczującą i prawą zapłaciła bardzo wysoką cenę. 

Zniosła to z godnością.

Zmarła samotnie, odcięta od korzeni.

Wszystkie te niesamowite kobiety, były jak ja, czy Ty, z krwi i kości i próbowały żyć jak najpełniej, myślały, kreowały, popełniały błędy, wychodziły z dołków, lub nie, przeżywały dylematy, wzloty i upadki, cieszyły się, cierpiały. Tworzyły własne biografię, ale też były i są częścią naszej wspólnej historii kobiet. Należymy wszystkie do jednej rodziny, której członkinie z pokolenia na pokolenie coraz więcej mogą, coraz prężniej działają, są wolne, twórcze, są dla siebie inspiracją. Już nie jesteśmy „podrzędnym gatunkiem”. Ucząc się od siebie nawzajem, stajemy się coraz lepsze, mądrzejsze, wrażliwsze. 

Nadszedł wreszcie czas zmian. Może, już niedługo, nie będzie na świecie miejsc, w których kobiety nie mają prawa głosu, prawa wyboru, wolności. I wszyscy na tej planecie staniemy się równi sobie i równie doskonali. 


” Jesteśmy dziećmi wszechświata i mamy prawo być tutaj! ” 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *