Przywitał nas na schodach domostwa, jak na dobrego gospodarza przystało, szerokim uśmiechem i podaniem ręki. – Jestem Janusz. Janusz Subicz – padło sympatycznie i krótko. W pierwszej chwili zupełnie nie skojarzyłam twarzy, ani sylwetki, z tancerzem światowej sławy, którego przecież nie raz oglądałam na archiwalnych nagraniach spektakli Piny Bausch. Do tego okazał się mężem mojej ulubionej tancerki – Nazareth Panadero. Dopiero ostatniego dnia ośmieliłam się podejść, zadać pytania, porozmawiać. Wieczór cudów. Inspiracji i zachwytów. Życia barwnego, pełnego anegdot, uroczych wspomnień. 

foto: Jakub Ciechowicz

JANUSZ 

Pinę poznał we Francji, podczas jednego z jej pierwszych występów. Paryż był wówczas mekką artystów i nowoczesności, wyrocznią stylu. Nic dziwnego, że tam właśnie pojawił się awangardowy zespół z Niemiec oraz tancerze wszelkich technik i doświadczeń. Tylko w Paryżu możliwa była wymiana, inspiracja i kariera na najwyższym poziomie. Spektakle Piny podzieliły środowisko, część krytyków była zachwycona, inni wręcz przeciwnie. Janusz wraz z żoną, byli tymi tancerzami, którzy pod ogromnym wrażeniem spektakli postanowili wziąć udział w audycji do zespołu. Czując, że to początek ich artystycznej drogi. Byli gotowi porzucić francuskie życie i zacząć niepewne, ale ekscytujące nowe w zapadłej dziurze – Wuppertalu. I jako jedyni zostali tam zaproszeni. Początkowo tylko na rok, bez dużej pensji i perspektyw. Zostali. Na resztę życia. Janusz tańczył w spektaklach Piny Bausch 15 lat i do teraz jest zaangażowany w działania zespołu. Nazareth nadal tańczy w Tanztheater i jest jedną z jego największych gwiazd. Oboje los związali z Piną i nigdy nie żałowali swojej decyzji. Zwiedzili świat, zmieniając stosunek ludzi do teatru tańca, do treści, które niesie ten rodzaj sztuki. Do formy, języka dzięki którym jej sens jest klarowny i zrozumiały. 

PINA 

Urodziła się w Niemczech ogarniętych wojną (1940). Całe życie zmagała się z tym trudnym dziedzictwem. Po wojnie – Niemcy, już nie butni i zwycięscy, ale upokorzeni, na kolanach, z poczuciem winy. I mała Pina, wychowująca się w atmosferze rozpaczy, melancholii i klęski. Dominującej bezsilności i poczucia winy. Te emocje ją ukształtowały i uczyniły twórczość wyjątkową, wnikliwą i szczerą. 

Piną kierowała potrzeba zrozumienia różnorodnych mechanizmów kierujących zachowaniami ludzi, ich indywidualnych popędów, dynamiki relacji. Stale zadawała pytanie : „Dlaczego?” Sobie, innym. Obserwowała, opisywała i próbowała dotrzeć do tych najgłębiej ukrytych sensów. Sedna „dlaczego”. Do jądra. Prawdy.

Po przerwie wakacyjnej zazwyczaj mówiła zespołowi: -Jutro zaczynamy nową produkcję.- A co to będzie? – Nie mam pojęcia. Faktycznie nie wiedziała. Po paru tygodniach wspólnej pracy, tańczenia, rozmów, poszukiwań temat się objawiał. A gdy już przybrał kształt i ostatecznie się uformował, Pina selekcjonowała cały powstały materiał pod kątem jego przydatności i często większość (nawet 90%) wyrzucała do kosza. Zostawiając tylko sceny doskonałe i w punkt. 

Oglądając spektakle Piny, chcąc nie chcąc, utożsamiamy się z ich bohaterami. Dotykają nas podobne sprawy, problemy, uczucia. Całe spektrum emocji. To świadczy o uniwersalności jej przesłania. I przenikliwości wewnętrznego oka. Każda postać w spektaklach jest żywa, złożona, soczysta, ludzka, wyjątkowa. Nie do podrobienia. Pina czerpała z indywidualności swoich tancerzy, z ich pamięci emocjonalnej, wspomnień, doświadczeń. Pytała o drobiazgi i rzeczy ważne. Konkretne i abstrakcyjne. Notowała je skrzętnie, by potem w odpowiednim momencie po nie sięgnąć, zmultiplikować, wyolbrzymić, pociąć i zmiksować. Przełożyć na język teatru tańca. Z tych fragmentów indywidualnych żyć postawała nowa jakość. Nielinearna narracja. Trafna i dosadna. Piękna. 
Pina miała tę niesamowitą umiejętność malowania obrazami i trafiania w czułe punkty widza. A oprócz tego była niezwykle pracowita. Hołdowała idei Pabla Picassa, żeby codziennie poddać się rutynie pracy, bez względu na to, czy pojawi się w niej nuta inspiracji. Właśnie to regularne działanie, czasem zupełnie pozbawione aktu kreacji było, jej zdaniem, niezbędne, jako nieodłączna część procesu tworzenia. 

Mój ukochany spektakl Café Müller, z wątkami autobiograficznymi i osobistym udziałem Piny, ze słynną sceną wykorzystaną w filmie Pedro Almodovara „Porozmawiaj z nią” , można obejrzeć na YouTube. Wystarczy otworzyć i kliknąć. Niecałe 40 minut. Symboliczne. Mocne. Poruszające. 
Polecam też, jeśli jeszcze go nie znacie, obraz Wima Wendersa „Pina” z obszernymi fragmentami jej spektakli. Nie rozczarujecie się, gwarantuję. Film jest niesamowity. A rozmach inscenizacyjny i kunszt tancerzy Tanztheater zapierają dech. 

Miałam okazję zobaczyć ich na żywo, na festiwalu „Świat miejscem prawdy”. Grali „Nefés” w operze wrocławskiej. Trzy i pół godziny było mgnieniem oka. Mogłabym zanurzać się w tej wizji bez końca. Trwać w niezwykłej urodzie, humorze, oddechu. Przeżycie prawdziwie transcendentalne. Wtedy, podczas trzydniowych prezentacji we Wrocławiu, Pina zmarła. Ostatnie widowisko zagrano nazajutrz po jej śmierci, w hołdzie jej życia. Było pożegnaniem. Jej tancerze stojący w szeregu, w milczeniu. Ze łzami w oczach. Przejmujące zakończenie pięknej przygody.

Byliśmy jak rodzina – powiedział Janusz.

Wierzę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *