Najpierw wywietrzał zapach. Specyficzna mieszanka perfum, papierosów i ż y c i a . 

Mój rodzinny dom. Miejsce. Pewnik. 

Opustoszał. Ucichł. Wszelkie szmery i szelesty przestały mówić Jej językiem.

Siedzę na krześle w kuchni. Widzę unoszące się w promieniach słońca drobinki kurzu. Nic nie poruszy powietrza. Już Jej nie ma. Trwam w oczekiwaniu. Żadnego westchnienia, szurania kapci, kaszlnięcia. Tylko mój oddech i tykanie zegara. 

W szafie czai się torba, którą wspólnie spakowałyśmy do szpitala. Zapełniona zgodnie z instrukcjami, rzeczami „na chwilę”: kosmetyczką, piżamą i ręcznikiem. Ukochanym kubkiem i ulubioną herbatą. Ciepłym szlafrokiem, kapciami, okularami do czytania. Utknęłam z tą torbą na wieczność. Nigdy jej nie rozpakuję. Nigdy jej nie wyrzucę. Kiedyś te skarby pomogą mi przebyć Styks. 

Codziennie tracimy resztę życia.

Niektórzy po śmierci bliskich zatrzymują zegary. Zasłaniają lustra. To nic nie da. Nie powstrzymamy rzeki. Piasek w klepsydrze sypie się bez zakłóceń. Tonę w mlecznej, lepkiej mgle. 

Z oddali słyszę niezrozumiały bełkot. Gadające głowy z telewizji. Mówią do nieobecnego. Ciągle i bez przerwy. „Ciszej, ciszej, dajcie pomyśleć w ciszy …”. To kojące i jednocześnie budzi mój niepokój. Ruch – bezruch. Żadnego początku i końca. Tylko trwanie.

Pod powiekami mam piasek. 

Uspakajają mnie wnętrza gotyckich katedr. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *